We wtorek, 17 marca, zagrane zostaną pierwsze ruchy turnieju kandydatów. Kto zagra o (szachową) koronę?

Bez wątpienia, turniej kandydatów wzbudzi ogromne zainteresowanie. Nie tylko dlatego, że to bardzo ciekawy turniej, ale z tak zwanego „braku laku”. W tym momencie na świecie nie dzieje się praktycznie nic (choć może kwitnie rynek e-gamingu). Szachy mają zatem szanse przebić się przez wiele ścian, a serwisy sportowe informować o wydarzeniu, które w normalnej sytuacji przeszłoby bez echa.

Oczywiście, potencjalne korzyści dla FIDE wiążą się z problemami dla samych zawodników, trenerów czy sędziów. Zresztą, choć trudno było się tego spodziewać, jeden z uprawnionych zawodników, Tejmur Radżabow, odmówił udziału w turnieju z uwagi na pandemię wirusa COVID-19. Z jednej strony budzi to zdziwienie, z drugiej zrozumienie. O ile turniej w gronie zaledwie ośmiu osób i grany bez udział kibiców wydaje się stosunkowo bezpieczny, o tyle podróż czy to na miejsce zawodów, czy późniejszy powrót do kraju mogą okazać się problematyczne. Z doświadczenia wiem, że długi turniej szachów klasycznych potrafi być bardzo wyczerpujący, a szachiści nie słyną raczej z końskiego zdrowia. Nigdy nie grałem w tak długim i wymagającym turnieju jak ten w Jekaterynburgu, ale podejrzewam, że zawodnicy będą po nim wycieńczeni. Stąd droga do złapania wirusa nie jest daleka, zwłaszcza jak trzeba podróżować na drugi koniec świata. Swoją drogą, zawodnicy podchodzą do tematu z humorem:

Wiele osób, zwłaszcza amatorów, lubi zadawać pytania „Jak sądzisz, kto wygra turniej kandydatów”. W ogóle nie lubię takich pytań – czy to wted,y gdy dotyczą mnie, czy to wówczas, gdy dotyczą innych szachistów. Zwłaszcza, że w turnieju kandydatów, jak sama nazwa wskazuje, kandydatów do wygranej jest wielu.

Myślę, że tak jak w poprzednich trzech edycjach, o końcowym triumfie zadecyduje start. Brzmi to nieco kuriozalnie, że w czternastorundowym maratonie o wyrównanej stawce kluczowe są pierwsze rundy, ale takie są po prostu fakty. Ostatnich czterech zwycięzców (Carlsen 2013, Anand 2014, Karjakin 2016 oraz Caruana 2018) po czterech rundach mieli na koncie trzy punkty. Oczywiście, taki wynik nie dawał gwarancji, że dany zawodnik wygra turniej, bo dobre starty notowali też inni, ale był początkiem – jak widać koniecznym – udanej batalii. Do uzyskania przepustki do meczu z Carlsenem wystarczy zapewne 8,5-9 punktów z czternastu, czyli +3 lub +4. Startując z +2 po czterech rundach, zawodnik nie czuje presji wygrywania, może spokojnie, przez kolejnych 10 partii szukać kolejnej wygranej lub dwóch. Na dodatek, w turniejach kołowych, najczęściej bardzo szybko (o czym pisałem http://www.polonia.wroclaw.pl/2020/02/zapiski-kapitana-8-kolowka/ ) wyjaśnia się, kto jest bez formy. Na to właśnie czyhają późniejsi zwycięzcy, którzy bez litości wykorzystują brak formy niektórych rywali.

Tak jak nie lubię typowanie zwycięzców, tak jasne jest, że w turnieju jest dwóch głównych faworytów. Fabiano Caruana oraz Ding Liren na najrówniej grający zawodnicy, praktycznie bez słabych stron, a to jest niezmiernie ważne w przypadku tego typu turniejów. Świetnie przygotowani, cierpliwi i bezlitośni – idealni kandydaci do wygrania kandydatów. Myślę, że w partiach między nimi może nie wydarzyć się specjalnie wiele, a punktów szukać będą gdzie indziej. Na potwierdzenie ciekawa statystyka:

Gdybym miał powiedzieć kogo najchętniej widziałbym na pierwszym miejscu, to byłby to Aleksander Griszczuk. Najstarszy zawodnik turnieju, mający trzydzieści siedem lat, jest niemalże zawodnikiem z innej epoki niż cała reszta stawki. Człowiek, który grał w jednej drużynie z Kasparowem, siada naprzeciwko generacji „komputerowców”. Artysta, potrafiący deliberować nad dowolnym ruchem niemal godzinami, mierzy się ultra praktycznymi bestiami bazującymi na bezdusznej kalkulacji. Gdyby Griszczuk nie wpadał w niedoczasy, byłby rzecz jasna innym graczem. Czy lepszym – zapewne tak. Ale taki już jego urok. Byłoby miło zobaczyć najstarszego zawodnika w stawce na pierwszym miejscu, choć z drugiej strony jego wygrana najbardziej ucieszyłaby Carlsena – Norweg regularnie bija Rosjanina.

Jan Niepomniaszczyj, Maxime Vachier-Lagrave oraz Anish Giri to trójka graczy, którzy w moim odczuciu mają podobną markę w światowej stawce. Świetni gracze, od lat w czołówce największych turniejów, ale nadal na dorobku, jeśli chodzi o największe triumfy. Dla każdego z nich triumf w Jekaterynburgu byłby milowym krokiem naprzód. Nie wiem, czy któryś z nich jest na to gotowy. Zwolennicy magii „czarnego konia” wierzą w to, że dołączony w miejsce Radżabowa Vachier-Lagrave ma komfortową sytuację i może powtórzy legendarny sukces Duńczyków z Euro 1992. Nie jest to niemożliwe, ale raczej nie spodziewałbym się tego.

Najciekawszy w stawce jest drugi Chińczyk, Wang Hao. Kiedyś złotousty Anish Giri napisał w „New In Chess”, że Hao ma „mysterious smile”. To prawda, Chińczyk uśmiecha się bardzo specyficznie i nigdy nie do końca wiadomo dlaczego. Ale on chyba taki właśnie jest. Przez moment Wang był członkiem drużyny z Noweg Boru i wtedy miałem okazję go poznać. Wówczas twierdził, że karierę profesjonalną już skończył, w szachy gra głównie dlatego, żeby zarobić i że niezbyt one go bawią. Miał wtedy kilku uczniów (których nazwiska mi już umknęły) i to praca z nimi stanowiła lwią część jego kontaktu z szachami. Co się zmieniło od tego czasu, tego nie wiem – bez wątpienia jednak nagle Hao zaczął grać bardzo dobrze. Sam fakt tego, że wygrał jeden z najsilniejszych (najsilniejszy?) turniej open w historii szachów, który dał mu zresztą przepustkę do Jekaterynburga, mówi wiele o jego możliwościach. Inna sprawa, że nie wierzę w wygraną tego zawodnika – jego piętą achillesową są końcówki, a na tym poziomie ktoś to wykorzysta. I to zapewne więcej niż raz. Wang Hao w ogóle jest osobą nietuzinkową – do Rosji przyjechał bez sekundantów, jako jedyny w stawce. Samotność podczas tak długiego turnieju dokuczałaby wielu osobom, ale Chińczyk jest pasjonatem japońskiej mangi, a także gier komputerowych (uwielbia Wiedźmina, a prozę Sapkowskiego również przeczytał).

Ostatni w stawce jest Kirył Aleksiejenko, w którego triumf nie wierzy chyba nikt. Nie oznacza to, że młody Rosjanin jest słabym graczem. O nie! Żaden Rosjanin o rankingu 2700+ nie jest słaby. Ale jasne jest, że jego doświadczenie i zapewne umiejętności są niewystarczające by realnie walczyć jak równy z równym ze wszystkim uczestnikami turnieju. Mimo to, sądzę, że Aleksiejenko nie będzie w turnieju ostatni. W podobnej sytuacji – totalnego „underdoga” – był w 2014 roku Andriejkin, który był wyraźnie niżej notowany od wszystkich pozostałych graczy, a skończył w połowie stawki z 50%. W przypadku arcymistrza z Petersburga może być podobnie.

Pierwsza partie ruszą we wtorek o 12:00 (godzina 16:00 czasu w Jekaterynburgu). Chyba nikogo nie muszę zachęcać do oglądania, za to zachęcam do komentarzy!